Ulotny cień historii

WyprawaSobotni poranek obudził nas słońcem. Obiecywał sympatyczny piknik pod Rogalińskimi Dębami oraz zwiedzenie kościoła w Rogalinku i pałacu w Rogalinie. Trasę sprawdziliśmy już poprzedniego dnia – zapowiadała się przyjemnie wiodąc leśnymi szlakami i niezbyt uczęszczanymi drogami. Naszym przewodnikiem miały być obydwa brzegi Warty. Chcieliśmy przejechać wzdłuż niej do Puszczykowa, a następnie odwiedzić Rogalin, Głuszynę, by wreszcie skierować się do Poznania i wrócić do Lubonia. Trasa nie straszyła długością, liczyła niecałe 50 km.

Pakowanie sakw na jednodniową wycieczkę okazało się czynnością rutynową – każdy znał swoje zadanie i wszystko przebiegało sprawnie. Z niekłamaną radością wypchnęliśmy rowery z domu, Dęby Nadwarciańskienabraliśmy w płuca ciepłego powietrza i ruszyliśmy - początkowo wzdłuż "Kocich dołów" do obrzeży Wielkopolskiego Parku Narodowego, następnie niebieskim szlakiem rowerowym przez park. Od Kątnika zaczęła się przyjemna jazda szlakiem Nadwarciańskim. Nie pierwszy raz cieszyliśmy oczy urokliwymi mostkami, czy miejscami pracy bobrów znaczonymi poobgryzanymi pieńkami nad samą Wartą. Las tętnił życiem, a my chłonęliśmy tę energię. Puszczykowo zmusiło nas do zmiany sympatycznej leśnej ścieżki na asfalt i towarzystwo samochodów na ul. C. Ratajskiego i ul.  Nadwarciańskiej. Na szczęście szlak szybko skręcił w lewo, w boczną, spokojną ulicę. Niwką Starą dojechaliśmy do ruchliwej drogi łączącej Mosinę z Kórnikiem, wszak jakoś musieliśmy przekroczyć rzekę.

Dęby Nadwarciańskie 1Po przeprawieniu się przez Wartę skręciliśmy w prawo w drogę, która zaprowadziła nas do drewnianego Kościoła p.w. Św. Michała Archanioła i Matki Bożej Wspomożenia Wiernych pochodzącego z przełomu XVII i XVIII wieku. W cieniu starych drzew czuć było powiew historii. Niestety, niedane nam było obejrzenie barokowego wnętrza i kopii figury Madonny z Dzieciątkiem, z którą wiąże się piękna legenda o genezie rogalińskiego wilkliniarstwa – kościół był zamknięty. Obejrzeliśmy więc bryłę budowli z dobrze zachowanym dachem krytym gontem, chwilę podumaliśmy w cieniu wieżyczki na sygnaturkę zakończonej cebulastym hełmem z latarnią i postanowiliśmy Dęby Nadwarciańskie 2odnaleźć naszą drogę. Tuż za kościołem zaprowadziła nas ona na starorzecze Warty z Dębami Rogalińskimi. Szlak czerwony pieszy łączył kolejne skupiska dębów brnąc częściowo przez łąki, częściowo przez las. Nie rozpieszczał nas wyraźnym oznakowaniem. W pewnym momencie udało nam się pobłądzić, ale w końcu dotarliśmy trochę "na przełaj" przez chaszcze, a potem mocno pod górę do drogi krajowej nr 431, która zawiodła nas prosto do pałacu Raczyńskich w Rogalinie. Mieliśmy pecha, gdyż pałac i park przechodziły właśnie remont. Tłumy spacerowiczów wędrowały w kierunku tabliczki z zakazem zwiedzania i odchodziły rozczarowane. Czas nie sprzyjał poznawaniu dziedzictwa kulturowego regionu, a i my popełniliśmy błąd nie sprawdzając dostępności zabytków – na szczęście pogoda rekompensowała ten niedostatek i pozwalała się cieszyć jazdą. Zjedliśmy posiłek w pobliżu kaplicy p.w. Św. Marcelina wzorowanej na rzymską świątynię. Słońce, rozświetlające jej białe, monumentalne kolumny podkreślało naszą wędrówkę przez architektoniczne style Wielkopolski – od mrocznych ścian kościoła w Rogalinku po czystość klasycyzującej własności Edwarda Raczyńskiego.

Bita drogaRozleniwieni słońcem i piknikiem z Rogalina udaliśmy się czerwonym szlakiem rowerowym bitą, zacienioną aleją w kierunku Daszewic. Ten cień miał nam towarzyszyć do końca wyprawy – zerwał się wiatr i przyniósł chmurzyska. Po drodze mijaliśmy kolejne dęby. Na trasie spotkaliśmy jedynie kilka grup rowerzystów podążających do Rogalina i do Poznania. W Daszewicach zmieniliśmy czerwony szlak rowerowy na żółty – pieszy. Wiódł on komfortowo, omijając ruchliwe drogi dojazdowe do pobliskich miejscowości. W Głuszynie zastaliśmy rozkopane chodniki (cóż - rok wyborów), więc wybojami, zostawiając Czapury z boku, ponownie czerwonym szlakiem rowerowym pojechaliśmy w kierunku Poznania Starołęki. Przy samym "Guma" w Krzesinachogrodzeniu lotniska wojskowego w Krzesinach Waldek z hukiem złapał "gumę", co zmusiło nas do przerwy w niezbyt sympatycznym miejscu - z jednej strony zaniedbane, nieposprzątane pobocze, z drugiej wysoka siatka. Ze Starołęki dość szybko dojechaliśmy do ul. Hetmańskiej i spokojnie dotarliśmy ścieżką rowerową do Lubonia. 

            To był dobry dzień – czuły to nasze nasączone ciepłem słonecznym ciała, wyciszone umysły i zmuszone do pracy nogi. Nasz domowy chemik powiedziałby o endorfinach i ich wpływie na nasze samopoczucie, ja po prostu cieszę się z rodzinnej wyprawy i oderwania od codziennego kieratu.

Dodatkowe informacje