W alternatywnej rzeczywistości

Dziś będzie o ścieżce rowerowej z marzeń rowerzysty... trochę jak z bicyklowej utopii.

 Wyobraźcie sobie równy asfalt, wydzielony tylko dla rowerzystów, ciągnący się kilometrami wzdłuż terenów zalewowych. Od czasu do czasu ławeczka lub wiata, a w uszach tylko szum wiatru. Nie ma pieszych wchodzących pod koła i samochodów wyprzedzających na trzeciego. Wolność po horyzont. Surrealistyczne? Trochę. A zatem do rzeczy.

Most w KostrzynieNasłuchawszy się od przyjaciół o zaletach niemieckiej infrastruktury rowerowej postanowiliśmy w sobotę po obiedzie wybrać się do naszych zachodnich sąsiadów. Byliśmy u rodziny, więc było już niedaleko. Zostawiliśmy samochód w Kostrzynie n/Odrą i przejechaliśmy rowerami na niemiecką stronę. Początkowo mieliśmy trochę kłopotów ze znalezieniem oznakowań ścieżki, ale należy złożyć to na karb niefrasobliwego przygotowania logistycznego (wyprawa bez mapy). Okazało się, że niepotrzebnie pojechaliśmy główną drogą w prawo, zamiast zmierzać prosto w kierunku Kustrin - Kietz. Niespodziewanie szosa zaczęła niepokojąco oddalać się od rzeki, więc zaufaliśmy wyczuciu naszego logistyka – Waldka i w końcu, po 100 metrach prowadzenia jednośladów wzdłuż pola z kukurydzą, znaleźliśmy właściwy kierunek. Szybko dojechaliśmy do prowadzącego wałem szlaku rowerowego, którym (delikatnie zmoczeni mżawką) dotarliśmy do Bleyen. Upewniliśmy się u napotkanego mieszkańca miejscowości, że droga prowadzi w dobrym kierunku i ruszyliśmy ogrzewani ciepłem słońca, które obiecująco wychynęło zza chmur.

Towarzyszyło nam dziwne uczucie, że wyprawa rowerowa - Po niemieckiej stroniepomyliliśmy trasę. Pedałowaliśmy bowiem wygodną drogą o równym asfalcie, z licznymi zatoczkami umożliwiającymi przerwę w podroży bez szkody dla swobodnego poruszania się innych rowerzystów. Trawa wzdłuż ścieżki była równo wykoszona. Mijało nas sporo turystów z Niemiec i Polski. Rodziny z dziećmi nie musiały się martwic o bezpieczeństwo – istny raj cyklistów. Przez pierwszy odcinek drogi nie dane nam było jednak oglądać Odry. Wał przeciwpowodziowy oddzielony jest tu od rzeki terenem zadrzewionym bądź porośniętym zaroślami. Dopiero za odbiciem na Bleyen – Genschmar ścieżka zbliżyła się do rzeki granicznej. Pokonaliśmy odcinek traktem równym jak spacerowy deptak.

Szlak łagodnie zakręcił w stronę rzeki. Kolejne kilometry to urokliwa panorama Odry z prawej strony, a z lewej tereny tak ustronne, że od czasu do czasu podglądaliśmy szaraki stające słupka, by po chwili ruszyć w stronę drzew. Przy zjeździe na Sophiential trakt znowu opuścił rzekę oddzielając nas od niej terenami zielonymi. Niesamowity wydawał się nam fakt, iż wśród takiej głuszy, szczytem wału lub jego podnóżem wiedzie kilometrami zadbana, asfaltowa, wydzielona tylko dla wyprawa rowerowa - szlak po horyzontrowerów ścieżka. W Kienitz przejechaliśmy obrzeżem miejscowości obserwując niespieszne tempo życia, ogródki piwne z widokiem na rzekę i niewielką przystań. Chwilę później odpoczywaliśmy przy zjeździe odcyfrowując napis na postawionym w miejscu walk z okresu 2 wojny światowej monumencie.

Powoli wyczerpywały się nam zapasy wody pitnej i wtedy okazało się, że z racji usytuowania szlaku z dala od cywilizacji musielibyśmy trochę zboczyć z drogi, ponieważ przy ścieżce sklepów nie uświadczymy. Wjechaliśmy więc w głąb najbliższej miejscowości Grob Neuendorf i w sklepiku przy uroczej, spokojnej uliczce uzupełniliśmy zapasy. Było po 17.00 i życie zamierało, zdążyliśmy w ostatniej chwili przed zamknięciem. Cóż, co kraj to obyczaj – u nas pewnie w pogoni za zyskiem ogródek obok sklepu wymuszałby dłuższe jego otwarcie.

Pokrzepieni lodami i mlekiem, z uzupełnionymi Koński półwysepzapasami wody ruszyliśmy w kierunku północnym. Czekało na nas kilkanaście kilometrów z dala od głównego koryta Odry, wzdłuż malowniczych rozlewisk, nad którymi pochylały się wierzby płaczące, zatroskane widokiem przewróconych sióstr powoli obracających się w próchno, przerastanych młodymi drzewkami. Na jednym z półwyspów wcinających się w nurt Odry niewielkie stado koni oddawało swoje grzywy pieszczocie wiatru. Można byłoby się zapomnieć...

Zjazd na przeprawę promową do Gozdawic i kolejne osiemnaście kilometrów to trasa wzdłuż Odry w promieniach chylącego się ku ziemi słońca. W połączeniu z ciszą wokół i komfortem jazdy - istna poezja. Minęliśmy jeszcze zamknięty most kolejowy, wpisujący się swymi walącymi się podporami w odwieczny proces przemijania cywilizacji w zmaganiu z naturą. Zaraz za mostem, pod wiatą dla rowerzystów przygotowaliśmy posiłek. Po takiej trasie - smakował wybornie...

Następnie długim zakolem szczytem wału dostaliśmy się do mostu w Hohenwutzen. Tu spotkaliśmy sympatyczne małżeństwo Polaków z 8 letnią córką. Jechali na rowerach ze Świnoujścia - byli oczarowani ścieżkami po niemieckiej stronie. Przeprawa na drugi brzeg Odry to granica dwóch rowerowych światów – kończyła piękne ścieżki rowerowe i wrzucała nas w rzeczywistość z dziurawym asfaltem i drogą dzieloną z samochodami. Pomimo naszego motta "Nie zawsze pod wiatr" po niemieckiej stronie Odry, "mordewind :)" nie opuszczał nas ani na chwilę. Wiatr się zmienił dopiero po przekroczeniu mostu i dotarciu do Polski.

Odra w drodze powrotnejPo polskiej stronie przejechaliśmy przez Osinów Dolny, Stary Kostrzynek, Starą Rudnicę do Siekierek, bezskutecznie poszukując jakiegokolwiek noclegu. Ze względu na to, iż nie zabraliśmy namiotów zmuszeni byliśmy skrócić wyprawę rowerową, dokonując wielu ekwilibrystycznych nieledwie ruchów, by wrócić do samochodu. Niestety nie miały one już nic wspólnego z jazdą na rowerach.

Powrót do rzeczywistości tym razem okazał się dość przykry.

W tym dniu udało się nam przejechać prawie 70 km, z tego  55 km "w raju".

Dodaj komentarz
  • Brak komentarzy

Dodatkowe informacje