Wakacyjna Litwa 2015

 

W POSZUKIWANIU MIEJSC MAGICZNYCH

Wyruszaliśmy, by poszukiwać zaklętego w kapliczkach czasu, miejsc związanych z mitologią, okruchów przeszłości… Tymczasem w naszej wędrówce odnaleźliśmy inną magię – ludzkiej życzliwości i niezwykłych spotkań w wyjątkowych miejscach.

Luboń - Wigry   Republika Zarzecza 
Wigry    Wilno - Semeliskes
Wigry - Wiejsiejai    Semeliskes - Purvininkai
   Wiejsiejai - Druskienniki    Purvininkai - Kowno
   Druskienniki - Berzupis    Kowno - Silines
   Berzupis - Wilno    Silines - Giedriai
  Wilno     

 Jeżeli podoba Ci się nasza strona polub nas na facebooku, lub daj znać w komentarzach - będzie nam miło.

wyprawa rowerowa Logo - Litwa

Promno

j. GóraDziś skierowaliśmy nasze rowerowe kółka do Promna. Jest to najmniejszy rezerwat krajobrazowy w Wielkopolsce.  Samochód zostawiliśmy przy stacji Promno PKP i ruszyliśmy duktem leśnym w prawo (oznaczenie pomarańczowe Pierścienia poznańskiego). W Promienku przecięliśmy asfalt i dalej, najpierw w dół, a następnie wspięliśmy się stromo pod górkę polną drogą. Trud podjazdu się opłacił - widok na jezioro Góra z tej wysokości okazał się urzekający. W najbliższej miejscowości skręciliśmy w lewo na drogę asfaltową, a następnie w prawo, polną drogą skierowaliśmy się do Glinki Szlacheckiej. wyprawa rowerowa - Dukt leśnyŻałowaliśmy, że nie znaleźliśmy się w tej okolicy co najmniej tydzień później, ponieważ ogromne pole dzikich róż jeszcze nie zakwitło. Od mieszkańców dowiedzieliśmy się, że przejazd wśród morza kwitnących kwiatów dostarcza niezapomnianych wrażeń wzrokowych i zapachowych. Niepocieszeni podążyliśmy przez Buszkowiec do Kociołkowej Górki mijając po drodze dwie plantacje wierzby energetycznej. W samej Kociołkowej Górce poczuliśmy się jak na planie filmu "MIŚ", gdy obok sklepu zauważyliśmy taborety przypięte łańcuchami do stołu. Po krótkim popasie wyruszyliśmy, jak nam się wydawało, do Wagowa. Niestety, ominęliśmy słabo oznakowany skręt na szlak R-12 i  nasza wyprawa rowerowa nie dotarła do ciekawych jezior paciorkowych. j. DrążynekTo był wszakże jeden z tych dni, kiedy warto się zgubić, jak oświadczyła zapytana o drogę  sympatyczna rodzina spotkana na szlaku. Podążyliśmy więc  w kierunku Pobiedzisk, po prawej stronie drogi podziwiając urokliwe bagno z oczkiem wodnym i kępą kaczeńców, po lewej zarastające jeziorko Drążynek. Następnie pojechaliśmy ścieżką leśną (niebieskim szlakiem) do jeziorka Brzostek, gdzie spotkaliśmy poszukiwacza skarbów żmudnie krążącego z wykrywaczem metali po niewielkiej plaży. KaczeńcePo ciekawej wymianie zdań zmieniliśmy szlak na zielony, na którym okazało się, że leśnicy zapomnieli ze ścieżki rowerowej uprzątnąć leżących po wycince drzew pniaków  i większych konarów, więc  przez porębę rowery musieliśmy  nieść na plecach. Ten pełen niespodziewanych przeszkód trakt zaprowadził nas do rezerwatu Dębiniec. Chwilę wytchnęliśmy na drewnianych stopniach stanowiących  tarasy widokowe nad jeziorem i ruszyliśmy w drogę, teraz już prosto do Promna PKP szlakiem końskim, gdzie zostawiliśmy nasz samochód.

Spotkanie Halszki i Młynarza

Spotkanie Czarnej Halszki i Młynarza

W piątek wpadliśmy na pomysł, żeby dodać do kolekcji parę nowych gmin. Wybór padł na trasę z Szamotuł przez Oborniki do Muzeum Młynarstwa w Jaraczu. Do Szamotuł dotarliśmy samochodem koło południa. Pierwsze obroty kół rowerowych skierowaliśmy  do drogerii w rynku, żeby kupić krem z wysokim filtrem UV - okazało się bowiem, że aura postanowiła nas obdarzyć trochę niż większą odrobiną ciepła. Zaopatrzeni w nieodzowną ochronę skóry przejechaliśmy ulicami Braci Zamek GórkówCzeskich i Wroniecką pod Zamek Górków i Basztę Halszki - czternastoletnie więzienie księżniczki Elżbiety z Ostrogskich. Miejsce to opisuje bardzo malowniczo Waldemar Łysiak w  swojej książce "SZACHISTA".

Obok zamku, przekraczając rzekę Samę, przejechaliśmy przez uroczy park, a następnie obok remizy strażackiej skierowaliśmy się do drogi 187. Wzdłuż asfaltu biegnie tu  ścieżka rowerowa, którą sprawnie pokonaliśmy pierwsze kilometry. W Ludwikowie opuściliśmy trakt rowerowy, skręcając w lewo na asfalt, który szybko zmienił się w bitą drogę, a następnie piachy, w których nasze jednoślady zaczęły grzęznąć. Po drodze minęliśmy kilka pojedynczych gospodarstw rozrzuconych wśród pól. W okolicach gospodarstwa agroturystycznego Ruks-Młyn przekroczyliśmy rzekę Samicę i podążyliśmy prosto przez las żółtym szlakiem rowerowym. Jechaliśmy wysokim brzegiem Warty, Koryto Wartygdzieniegdzie między drzewami można było dostrzec koryto rzeki. Droga przez cały czas męczyła sypkim piaskiem. Minęliśmy leśniczówkę w Niemieczkowie, a następnie wieś Uścikowiec. I w końcu poczuliśmy pod kołami naszych rowerów asfalt - 10 km po piachu dało w kość. Teraz już bez przeszkód dotarliśmy do Obornik. Po przejechaniu mostu na Warcie ruszyliśmy do centrum, na zasłużony odpoczynek i drożdżówki.

Po zregenerowaniu sił skierowaliśmy się na Piłę dojeżdżając do drogi nr 11, do której równolegle biegnie ścieżka rowerowa. Jadąc nią minęliśmy Kowanówko, by dążyć w kierunku Rożnowa. W Rożnowie ścieżka się niespodziewanie urwała, więc skręciliśmy w lewo w ulicę Leśną. Droga prowadziła częściowo asfaltem, częściowo leśnym duktem prosto do Jaracza. Minęliśmy urocze zakole Wełny, która w tym miejscu dochodzi prawie do drogi leśnej.

Koźlak z JaraczewaNiestety, do Muzeum Młynarstwa spóźniliśmy się niecałe pół godziny, budynki były już zamknięte, ale otrzymaliśmy zgodę, żeby obejrzeć maszyny parowe, wiatrak "koźlak" i inne eksponaty stojące pod chmurką.

Chwila odpoczynku i ruszyliśmy w drogę powrotną. Przejechaliśmy most nad Wełną i pedałowaliśmy dalej, najpierw asfaltem, następnie leśnym traktem.

Za Obornikami pamiętając o piaskach i omijając ruchliwą drogę 187, skierowaliśmy się na Objezierze. Na trasie czekała nas niewielka zadyszka przed Folwarkiem - odcinek był krótki, ale stromy. Dalsza droga okazała się sympatyczna, wiodła równym asfaltem między polami. W samym Objezierzu można zobaczyć kościół z XIII w., a także  pałac z "Pana Tadeusza", o który toczył się spór między Soplicą a Horeszką. Przy sklepie uzupełniliśmy zapasy wody i przekroczywszy most na Młynówce pojechaliśmy asfaltem przez Górkę do Lulina. Na początku miejscowości wyprawa rowerowa - Topole przed Gąsawąopuściliśmy asfalt i polną drogą (3,5 km) udaliśmy się  do Boborowa, od którego do Boborówka powiódł nas wygodny asfalt. Przy szkole w Boborówku skręciliśmy ponownie w polną drogę obsadzoną malowniczo topolami i dojechaliśmy do Gąsawy. Tu minęliśmy ukryty w Parku dwór, by po 3 km dotrzeć do Szamotuł.

Zamknęliśmy kółko, a na licznikach widniało 70 km. To była udana wyprawa rowerowa.

W alternatywnej rzeczywistości

Dziś będzie o ścieżce rowerowej z marzeń rowerzysty... trochę jak z bicyklowej utopii.

 Wyobraźcie sobie równy asfalt, wydzielony tylko dla rowerzystów, ciągnący się kilometrami wzdłuż terenów zalewowych. Od czasu do czasu ławeczka lub wiata, a w uszach tylko szum wiatru. Nie ma pieszych wchodzących pod koła i samochodów wyprzedzających na trzeciego. Wolność po horyzont. Surrealistyczne? Trochę. A zatem do rzeczy.

Most w KostrzynieNasłuchawszy się od przyjaciół o zaletach niemieckiej infrastruktury rowerowej postanowiliśmy w sobotę po obiedzie wybrać się do naszych zachodnich sąsiadów. Byliśmy u rodziny, więc było już niedaleko. Zostawiliśmy samochód w Kostrzynie n/Odrą i przejechaliśmy rowerami na niemiecką stronę. Początkowo mieliśmy trochę kłopotów ze znalezieniem oznakowań ścieżki, ale należy złożyć to na karb niefrasobliwego przygotowania logistycznego (wyprawa bez mapy). Okazało się, że niepotrzebnie pojechaliśmy główną drogą w prawo, zamiast zmierzać prosto w kierunku Kustrin - Kietz. Niespodziewanie szosa zaczęła niepokojąco oddalać się od rzeki, więc zaufaliśmy wyczuciu naszego logistyka – Waldka i w końcu, po 100 metrach prowadzenia jednośladów wzdłuż pola z kukurydzą, znaleźliśmy właściwy kierunek. Szybko dojechaliśmy do prowadzącego wałem szlaku rowerowego, którym (delikatnie zmoczeni mżawką) dotarliśmy do Bleyen. Upewniliśmy się u napotkanego mieszkańca miejscowości, że droga prowadzi w dobrym kierunku i ruszyliśmy ogrzewani ciepłem słońca, które obiecująco wychynęło zza chmur.

Towarzyszyło nam dziwne uczucie, że wyprawa rowerowa - Po niemieckiej stroniepomyliliśmy trasę. Pedałowaliśmy bowiem wygodną drogą o równym asfalcie, z licznymi zatoczkami umożliwiającymi przerwę w podroży bez szkody dla swobodnego poruszania się innych rowerzystów. Trawa wzdłuż ścieżki była równo wykoszona. Mijało nas sporo turystów z Niemiec i Polski. Rodziny z dziećmi nie musiały się martwic o bezpieczeństwo – istny raj cyklistów. Przez pierwszy odcinek drogi nie dane nam było jednak oglądać Odry. Wał przeciwpowodziowy oddzielony jest tu od rzeki terenem zadrzewionym bądź porośniętym zaroślami. Dopiero za odbiciem na Bleyen – Genschmar ścieżka zbliżyła się do rzeki granicznej. Pokonaliśmy odcinek traktem równym jak spacerowy deptak.

Szlak łagodnie zakręcił w stronę rzeki. Kolejne kilometry to urokliwa panorama Odry z prawej strony, a z lewej tereny tak ustronne, że od czasu do czasu podglądaliśmy szaraki stające słupka, by po chwili ruszyć w stronę drzew. Przy zjeździe na Sophiential trakt znowu opuścił rzekę oddzielając nas od niej terenami zielonymi. Niesamowity wydawał się nam fakt, iż wśród takiej głuszy, szczytem wału lub jego podnóżem wiedzie kilometrami zadbana, asfaltowa, wydzielona tylko dla wyprawa rowerowa - szlak po horyzontrowerów ścieżka. W Kienitz przejechaliśmy obrzeżem miejscowości obserwując niespieszne tempo życia, ogródki piwne z widokiem na rzekę i niewielką przystań. Chwilę później odpoczywaliśmy przy zjeździe odcyfrowując napis na postawionym w miejscu walk z okresu 2 wojny światowej monumencie.

Powoli wyczerpywały się nam zapasy wody pitnej i wtedy okazało się, że z racji usytuowania szlaku z dala od cywilizacji musielibyśmy trochę zboczyć z drogi, ponieważ przy ścieżce sklepów nie uświadczymy. Wjechaliśmy więc w głąb najbliższej miejscowości Grob Neuendorf i w sklepiku przy uroczej, spokojnej uliczce uzupełniliśmy zapasy. Było po 17.00 i życie zamierało, zdążyliśmy w ostatniej chwili przed zamknięciem. Cóż, co kraj to obyczaj – u nas pewnie w pogoni za zyskiem ogródek obok sklepu wymuszałby dłuższe jego otwarcie.

Pokrzepieni lodami i mlekiem, z uzupełnionymi Koński półwysepzapasami wody ruszyliśmy w kierunku północnym. Czekało na nas kilkanaście kilometrów z dala od głównego koryta Odry, wzdłuż malowniczych rozlewisk, nad którymi pochylały się wierzby płaczące, zatroskane widokiem przewróconych sióstr powoli obracających się w próchno, przerastanych młodymi drzewkami. Na jednym z półwyspów wcinających się w nurt Odry niewielkie stado koni oddawało swoje grzywy pieszczocie wiatru. Można byłoby się zapomnieć...

Zjazd na przeprawę promową do Gozdawic i kolejne osiemnaście kilometrów to trasa wzdłuż Odry w promieniach chylącego się ku ziemi słońca. W połączeniu z ciszą wokół i komfortem jazdy - istna poezja. Minęliśmy jeszcze zamknięty most kolejowy, wpisujący się swymi walącymi się podporami w odwieczny proces przemijania cywilizacji w zmaganiu z naturą. Zaraz za mostem, pod wiatą dla rowerzystów przygotowaliśmy posiłek. Po takiej trasie - smakował wybornie...

Następnie długim zakolem szczytem wału dostaliśmy się do mostu w Hohenwutzen. Tu spotkaliśmy sympatyczne małżeństwo Polaków z 8 letnią córką. Jechali na rowerach ze Świnoujścia - byli oczarowani ścieżkami po niemieckiej stronie. Przeprawa na drugi brzeg Odry to granica dwóch rowerowych światów – kończyła piękne ścieżki rowerowe i wrzucała nas w rzeczywistość z dziurawym asfaltem i drogą dzieloną z samochodami. Pomimo naszego motta "Nie zawsze pod wiatr" po niemieckiej stronie Odry, "mordewind :)" nie opuszczał nas ani na chwilę. Wiatr się zmienił dopiero po przekroczeniu mostu i dotarciu do Polski.

Odra w drodze powrotnejPo polskiej stronie przejechaliśmy przez Osinów Dolny, Stary Kostrzynek, Starą Rudnicę do Siekierek, bezskutecznie poszukując jakiegokolwiek noclegu. Ze względu na to, iż nie zabraliśmy namiotów zmuszeni byliśmy skrócić wyprawę rowerową, dokonując wielu ekwilibrystycznych nieledwie ruchów, by wrócić do samochodu. Niestety nie miały one już nic wspólnego z jazdą na rowerach.

Powrót do rzeczywistości tym razem okazał się dość przykry.

W tym dniu udało się nam przejechać prawie 70 km, z tego  55 km "w raju".

Podkategorie

  • W poszukiwaniu miejsc magicznych

    W POSZUKIWANIU MIEJSC MAGICZNYCH

     

    Wyruszaliśmy, by poszukiwać zaklętego w kapliczkach czasu, miejsc związanych z mitologią, okruchów przeszłości… Tymczasem w naszej wędrówce odnaleźliśmy inną magię – ludzkiej życzliwości i niezwykłych spotkań w wyjątkowych miejscach.

Dodatkowe informacje